wtorek, 4 marca 2014

24. Czasami coś się kończy, a czasami zaczyna


Na początek kilka słów na tematy ogólne: przepraszam, że po raz kolejny zniknęłam na tak długo. Ja już nic nie obiecuję, ja po prostu się postaram. Mam nadzieję, że jeszcze w ogóle macie na to ochotę. 
Pożegnałam zimę, czas na wiosenne porządki. Planuję lekki remanent w zakładkach - za bliżej nieokreślony okres czasu powinny zostać zaktualizowane. Dosyć intensywnie myślę również o zmianie szablonu, ale nie wiem jeszcze, co z tego wyjdzie. 
Jednak przede wszystkim chciałabym Was przeprosić za taką zwłokę w odpowiadaniu na komentarze - odpiszę na każdy, jeśli jeszcze tego nie zrobiłam. 


Co więcej... Aha. Victoria Riddle pytała o pdf'a - jeśli tylko ktoś jeszcze chciałby zostać posiadaczem wszystkich notek zebranych w jednym miejscu w jakiejś ogarniętej formie, potrzebuję tylko adresów mailowych :) 
Kończąc przydługi wstęp, zapraszam Was do czytania i komentowania.. Mam nadzieję, że na koniec mnie nie zjecie. Z góry przepraszam. 

~*~
Popołudniowe godziny płynęły powoli i leniwie; można by rzec: sączyły się. Miękka cisza płonących w kominku drew wypełniała kolejne minuty, dzielone na kwadranse szelestem przewracanych kartek. Piątki zawsze takie były – długie i przyjemne, stanowiły iście barokowy wstęp do mistycznego weekendu i – zazwyczaj – przedmiot żarliwego uwielbienia mieszkańców Hogwartu.
Ale nie dzisiaj.
Lily drgnęła nerwowo, kiedy Jamie ziewnęła przeciągle, moszcząc się wygodniej na kanapie.
Spuściła niewidzący wzrok na kartki książki, ganiąc się w duchu. Użyła całej siły woli, którą dysponowała, by przywołać się do porządku i nie spoglądać co chwilę na dziurę pod portretem Grubej Damy.
Trzeba przyznać, że wyszło jej to rewelacyjnie: tak skutecznie zrezygnowała z nerwowego zerkania przez ramię, że aż nie zareagowała, gdy przejście naprawdę się otworzyło. Otrząsnęła się dopiero wtedy, gdy Leanne stanęła tuż przed nią.
- Hej, Len. Jak tam było na numerologii? – zaintonowała, odruchowo zatrzaskując czytaną powieść. Johnson przysiadła na oparciu najbliższego fotela, pocierając skronie.
- Przed oczami ciągle skaczą mi cyferki – poskarżyła się – powoli zaczynam wątpić, czy kiedykolwiek się ich pozbędę.
- Może wystarczy, że pomyślisz o czymś przyjemnym – zaproponowała niewinnie Jamie – na przykład o Remusie.
Policzki Leanne zaróżowiły się lekko, ale dzielnie nie dała się sprowokować.
Dobrze wiedziała, że Jamie nie mogła wyjść z podziwu nad jej wstydliwością. To dlatego ciągle ją testowała.
- Jakie plany na wieczór? – zainteresowała się, spoglądając znacząco na Evans.
- Żadnych nowości. Nic ciekawego, mam dzisiaj dyżur – odparła lekko, równocześnie posyłając przyjaciółce identyczne spojrzenie.
- Czyli nie pomożesz mi wybrać stroju na jutrzejsze przyjęcie? Nie mam zielonego pojęcia, co takiego mogłabym założyć, a chciałabym wyglądać.. ładnie.
- Niech zgadnę – wtrąciła się Jamie – czyżbyś brała pod uwagę ewentualność, że twój Romeo wykradnie cię, zanim przyjęcie dobiegnie końca?
- Coś w tym rodzaju – bąknęła blondynka, uśmiechając się pod nosem.
- Załóż tę bladoróżową – poradziła Lily, niechętnie podnosząc się z miejsca – No, to miłego wieczoru, dziewczynki.. Idę teraz wypełniać swoje obowiązki.
Na dźwięk słowa ‘obowiązki’ Jamie wyprężyła się, wyprostowała jak struna i zasalutowała.
Przygwożdżona kamiennym spojrzeniem pani prefekt, wzruszyła bezradnie ramionami – no nie patrz tak na mnie, Lill. Przecież wiecie, że to jest silniejsze ode mnie…
-  Po prostu uważaj, bo w innym wypadku się przekonasz, co takiego jest silniejsze od nas, Jam. I wszystkie będziemy tego później żałować – zaśmiała się Leanne, dyskretnie wsuwając w zaciśniętą dłoń Evans jakiś papierek.
- Właśnie – przytaknęła ta ostatnia, niepostrzeżenie wpuszczając świstek papieru do przepastnej kieszeni szaty – nie bawcie się zbyt dobrze beze mnie, dobra?
- Łatwo powiedzieć – parsknęła blondynka – my się ZAWSZE dobrze bawimy!
Jamie, nigdy nie byłaś bliższa prawdzie.
***



            Syriusz Black trzymał pęk balonów i nie czuł się z tym dobrze.
Balony były duże, obleśnie różowe i posypane czymś świecącym. Próbował zrzucić część tego proszku, niestety ani trochę go nie ubyło – wręcz przeciwnie, ilość tego czegoś podwoiła się, a ta nowa połowa pokryła najbliższe otoczenie, czyli, bądź co bądź, dormitorium Łapy. Trochę się to kłóciło z męskim charakterem pokoju, zbudowanym za pomocą prawdziwie męskich plakatów i szpargałów, oraz, oczywiście, ultra męskiego bałaganu. W tym wszystkim różowe diamenciki czy cholera wie co stanowiły lekki zgrzyt.
Otrząsnąwszy się z tych rozmyślań, zaczął na poważnie rozważać wszystkie możliwe opcje wyjścia z zaistniałej sytuacji, kiedy otworzyły się drzwi i do dormitorium wszedł Peter.
- Łapa? – zdziwił się niezmiernie, zatrzymując się w pół kroku i spoglądając na przyjaciela niepewnie – Wszystko… wszystko w porządku?
Black zmroził go wzrokiem, aż Pettigrew się zacukał. Wzruszył ramionami, chrząknął i usiadł na własnym łóżku, pokazowo tracąc zainteresowanie poczynaniami Łapy.
Syriuszowi przemknęło przez głowę, że zupełnie niechcący sprawił mu przykrość i pewnie powinien za to przeprosić – chłopak miał się przecież prawo zdziwić. To nie jego wina.
I tak sobie myśląc, już prawie podjął decyzję, że zażegna tą świeżutką wojnę między nimi, kiedy drzwi, na jego nieszczęście, otworzyły się po raz drugi.
- Łapa? – zapytał James, zanim jeszcze przekroczył próg.
- Nie pytaj – warknął – po prostu nie pytaj.
- Dobra – zgodził się pogodnie Potter, robiąc przy tym bardzo jamesową minę – w takim razie nie zapytam cię, Łapciu, co robisz z tymi balonami. Zadowolony?
- Bardzo – odetchnął, uśmiechając się krzywo.
- A nie powinieneś – mruknął Rogacz, teraz już ewidentnie rozbawiony – masz pełno tego różowego śmiecia we włosach.
- Żartujesz – zdębiał Black, z przerażeniem w oczach poszukując w twarzach obu przyjaciół potwierdzenia – i, niestety – znalazł je.
Porzucił balony, które posłusznie zawisły w powietrzu i poleciał do łazienki, gdzie stanął przed lustrem, nie kłopocząc się zamknięciem drzwi. Dzięki temu zarówno James, jak i Peter mieli prawdopodobnie jedyną w życiu okazję by obserwować cykl zastanawiających procesów zachodzących na twarzy Gryfona. Płynne zmiany wszelkich odcieni zdumienia i przerażenia finalnie przeszły w prawdziwą rozpacz.
Powłócząc nogami, z obłędem w oczach, opuścił łazienkę i stanął przed dwoma z czterech Huncwotów.
- Wyglądam jak baba – wyjąkał, oniemiały.
A tamci, nie wiedzieć czemu, spojrzeli na siebie i wybuchnęli homeryckim śmiechem.
***
Dwa zaklęcia ‘chłoszczyć’, trzy niekontrolowane wybuchy śmiechu i dwie bardzo urażone miny później Syriuszowi udało się pozbyć różowego brokatu ze swojej skromnej osoby. Z pomocą przyjaciół, oczywiście.
- Dzięki – odetchnął, padając na łóżko – pomyśleć, że mógłbym tak wyjść do ludzi.
-To by były niezapomniane przeżycia, nie przeczę – wyszczerzył się James, od niechcenia wypisując coś na kawałku pergaminu. Zawsze uważał, że prace domowe z zielarstwa są doprawdy zbędne.
Black wzdrygnął się, najwyraźniej wciąż mając przed oczami obraz pośmiewiska, jakie by z siebie zrobił, pojawiając się w Wielkiej Sali. Oczywiście, ze swoim talentem komiczno-aktorskim bez problemu obróciłby sytuację na swoją korzyść, ale…
RÓŻOWY?... To nie mogłoby się skończyć bez uszczerbku na psychice.
            Kiedy sobie tak rozmyślał, zdał sobie nagle sprawę z nieobecności czwartego Huncwota. Obrócił się w stronę przyjaciół i zagadnął w tej sprawie Petera, ale Glizdogon nie umiał mu powiedzieć, gdzie też mógł podziać się Lupin.
Jak na zawołanie, drzwi otworzyły się i pojawił się w nich właśnie Remus, otoczony ledwie wyczuwalną aurą pośpiechu. U niego zawsze można to było wychwycić z odległości kilometra, bo zazwyczaj był nie tylko oazą spokoju i opanowania, ale również skarbnicą rozsądku i dobrych rad.
Teraz wparował do dormitorium z prędkością światła, rzucając niedbale torbę na podłogę i w dwóch kęsach pochłaniając Czekoladową Żabę.
- Luniaczku, co się stało? – zapytał Syriusz, beznamiętnie obserwując jego poczynania – pali się?
- Muszę iść na patrol – wyjaśnił, popijając czekoladę odrobiną soku dyniowego, którą znalazł na blacie szafki – nie mam pojęcia, kiedy wrócę.
Obrócił się wokół własnej osi, sprawdzając, czy wszystko wziął i napotkał wzorkiem pęk różowych balonów anemicznie kołyszących się pod sufitem. Uniósł brwi.
- Dlaczego różowe? Nie spodobają jej się.
- Wiem – westchnął Łapa – pomyliłem zaklęcia, a potem byliśmy trochę zajęci.. zażegnaniem pewnej sytuacji.. kryzysowej, nazwijmy to. Zaraz zmienię.
Lupin pokiwał z rozbawieniem głową. Wolał nawet nie pytać, cóż to była za ‘sytuacja’.
- Proponuję złote – powiedział tylko, z lekką rezygnacją wypisaną na twarzy.
***
            Lily oparła się o ścianę, przymykając lekko oczy. Dotarła na miejsce spotkania wcześniej, ale jej to nie przeszkadzało – miała akurat tyle czasu, żeby na spokojnie pomyśleć. Coś od dłuższego czasu nie dawało jej spokoju i nie potrafiła podjąć decyzji, która by ją satysfakcjonowała – i właśnie to ją tak bardzo męczyło. Miała dylemat. Tego rodzaju dylemat, gdzie rozsądne argumenty za i przeciw idealnie się równoważą.
- Jestem! – nieznacznie zdyszany głos Remusa zabrzęczał jej w uchu, rozbijając bański rozważań i zmuszając ją do odłożenia ich na później – przepraszam cię, ale Syriusz mnie zatrzymał.
- Nic nie szkodzi – uśmiechnęła się do niego, ale zaraz zmarszczyła brwi. Miał mocno podkrążone oczy, był blady i ewidentnie zmęczony.
Natychmiast wychwycił jej spojrzenie.
- Tak, zbliża się – przytaknął, uśmiechając się niewyraźnie – ale nie jest tak źle, jak myślisz. Po prostu dzisiaj się nie wyspałem. Mam ostatnio dużo spraw do załatwienia.
Wiedziała, że mówił prawdę.  W końcu był jej przyjacielem, dobrze się znali. Wszak gdyby porównać tę znajomość do przyjaźni z Jamie i Leanne – była na pewno krótsza, ale czy to cokolwiek zmieniało? Czy przyjaźń można było zmierzyć i odważyć, na tej podstawie wydać werdykt? Lily uważała, że nie. Remus był dla nie ważny w zupełnie inny sposób, niż dziewczyny, ale to absolutnie nie znaczyło, że mniej ważny.
I tak się jakoś złożyło, że podczas gdy rozpoczęli mozolna wędrówkę ciemnymi korytarzami, te rozmyślania przywiodły ja do punktu wyjścia.
I nagle podjęła decyzję.
- Remus… - zagadnęła, przygryzając wargi – Wiem, że nie mam prawa się wtrącać…
- Ale w co? – zapytał, zdezorientowany. Widać było, że nie domyślał się, do czego zmierza.
Jeszcze.
- I robię to tylko dlatego, że ty i Leanne jesteście bardzo bliskimi mi ludźmi – westchnęła, wiedząc, że jemu tyle wystarczy, żeby wszystkiego się domyślić. I faktycznie tak się stało.
- Nie, nie powiedziałem jej… - powiedział przyciszonym głosem, z twarzą ściągniętą zmartwieniem – jeszcze.
- Myślę, że powinieneś to zrobić jak najszybciej – odparła – wiem, że jestem w tym momencie nieznośna, ale.. naprawdę chcę dla was jak najlepiej. Znam Leanne.
Najbardziej na świecie boi się bycia oszukiwaną. Przez ludzi, na których jej zależy…
Urwała, bo uderzyła ją jedna myśl – a mianowicie, czy te dobre chęci, które zadeklarowała Remusowi, aby na pewno były zgodne z prawdą? Bo przecież równie mocno chciała uwolnić się od poczucia, że ona sama ukrywa coś przed swoją najlepszą przyjaciółką, coś, co dotyczyło jej chłopaka, żeby było zabawniej. Podświadomie musiała obawiać się, że kiedy Leanne wreszcie pozna wielką tajemnicę Remusa, dowie się również, że Lily była zorientowana już znacznie wcześniej… I to nie będzie dla niej ani miłe, ani przyjemne.
-Lill, spokojnie – westchnął Remus, poklepując dziewczynę po ramieniu – nie przejmuj się. To, że mi to mówisz, jest zupełnie zrozumiałe. To nie żadne wtrącanie, po prostu z naszej trójki to ty jesteś w najgłupszej sytuacji. I wiem, że chcesz dla nas jak najlepiej.
 Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnowała.
Chyba dlatego, że sama nie była pewna, czy Remus ma rację. Nie udało jej się ustalić, czy bardziej obawia się tego, że relacje Leanne i Remusa się popsują, czy zagrożenia jej własnej przyjaźni z Johnson.
Ale potem uznała, że może pominąć takie rozważania. Najważniejsze, że Remus planuje jej powiedzieć.
- Zacznijmy od lochów – powiedziała więc, uśmiechając się z wysiłkiem – coś mi mówi, że to będzie naprawdę długi patrol.
***
            Cisza zagnieżdżona pomiędzy sprzętami, nie ruszanymi od wieków, charakterystyczna dla wszystkich miejsc związanych z kultem spania – cóż, właśnie ta cisza została tego wieczoru bezlitośnie zbezczeszczona przez Leanne. Ta delikatna, jakby zwiewna osóbka, będąca zwykle oazą spokoju i najpewniejszą z możliwych przystani – cóż, właśnie ona nawijała bez ustanku. Buzia nie zamykała jej się od dobrych dwóch kwadransów, a w dodatku mówiła o kompletnych pierdołach. Tak nieistotnych, że to jej żywe zainteresowanie absolutnie nie miało racji bytu.
- I ostatecznie nie podjęłam jeszcze decyzji, bo tak naprawdę nie wiem, czemu chcą, żebym to ja ją podjęła…
- Leanne.
-…to znaczy wiesz, ja się bardzo cieszę, że im się tak dobrze układa, ale kolor ścian w ich londyńskim mieszkaniu to naprawdę nie moja sprawa – dokończyła z rozpędu i dopiero wtedy spojrzała pytająco na Jamie – O co chodzi?
- To ja się powinnam zapytać, o co chodzi – westchnęła Lewis, trochę rozbawiona, a trochę zniecierpliwiona – zachowujesz się, jakbyś wypiła całe morze kawy.
Zaśmiała się nerwowo, spoglądając na nią z nie do końca udanym zadziwieniem.
- Dlaczego tak mówisz? To już nie można mieć dobrego humoru?
- Oczywiście, że można, ale ty nigdy się tak nie zacho…
- Oj Jamie, Jamie – przerwała jej, na nowo się rozpromieniając – zamiast narzekać, powinnaś pomóc mi rozwiązać ten problem! Matt zachowuje się tak dziwacznie, że zupełnie nie wiem – tu wyrzuciła za siebie cały pęk ubrań złożonych (kiedyś) w kostkę i zanurzyła się w szafie aż po pas – co w niego wstąpiło. Odkąd umawia się z Lisą, jest jakiś pozytywnie naładowany. Aż go czasami nie poznaję.
Jamie przekrzywiła głowę, obserwując, jak Johnson miarowymi ruchami wyrzuca za siebie kolejne partie ubrań.
- Coś w tym jest – mruknęła z przekąsem. Przyjaciółka jednak jej nie usłyszała, więc klepnęła się w kolana i podniosła – Idę do łazienki, zaraz wracam.
- Okeeej! – zawołała Leanne, na chwilę wynurzając się z garderobianych odmętów i uśmiechając się do niej szeroko.
Jamie obrzuciła ją ostatnim, podejrzliwym spojrzeniem, ale tylko pokręciła głową i zniknęła w toalecie.
Kiedy rozległ się szczęk zamka, Leanne Johnson powoli się wyprostowała, niewidzącym wzrokiem patrząc na szafę. Zniknął cały jej entuzjazm, znowu po prostu była sobą.
Spojrzała na zegarek i szybko policzyła, że Lily i Remus powinni wrócić za mniej niż czterdzieści minut.
Czyli idealnie.
***
            Gdyby nie to, że poczuła przeciąg, niczego by nie zauważyli – zza mijanych drzwi nie dolatywały żadne dziwne ani niepokojące odgłosy, klasa jak klasa – ale skoro napływało z niej zimne powietrze, niechybnie oznaczało to, że coś jest nie tak.
Spojrzeli na siebie porozumiewawczo i Lily bez dalszej zwłoki po prostu nacisnęła klamkę.
W środku panował półmrok, jednak dwie postaci przycupnięte na ławce były doskonale widoczne na tle okna. Chłopak i dziewczyna, na oko czternastoletni, siedzieli obok siebie i cicho rozmawiali. Tak cicho, że Gryfoni nie zrozumieli ani słowa.
Lily nie miała żadnych problemów z identyfikacją żeńskiej połowy grupy przestępczej –dziewczyna obrzuciła ich spojrzeniem tak pełnym wyższości, że mogła być tylko młodszą z sióstr Gibson. I faktycznie tak było, bo kiedy na jej twarz padło światło łupinowej różdżki, poznała ją bez trudu. Lily przypomniała się niejasno jakaś sytuacja na trybunach i sypiący gęsto śnieg, ale nie miała czasu na dalsze rozważania, bo Remus przemówił.
- Minus dwadzieścia punktów dla Slythrinu i tyle samo dla Revenclavu – oznajmił. Najwyraźniej lepiej niż Lily wiedział, z kim ma do czynienia – A teraz wracajcie do swoich pokojów wspólnych, bo jeśli się jeszcze dzisiaj spotkamy, dorzucimy wam jeszcze szlaban.
Zarówno dziewczyna, jak i chłopak bez słowa zsunęli się na ziemię i minęli ich w drzwiach. Karen Gibson nie oglądając się za siebie wyruszyła w górę schodów, natomiast tajemniczy Ślizgon – dokładnie w przeciwną stronę. Kiedy przechodził w świetle pochodni, rzucił jeszcze przeciągłe, pełne pogardy spojrzenie Remusowi – i zniknął.
- Czy to nie był.. – zdziwiła się Lily, wyciągając wskazujący palec.
- Brat Syriusza? A owszem – przytaknął Lupin, uśmiechając się cierpko – Nieźle się dobrali, co nie?
- Szkoda gadać – przyznała Evans, zamyślona.
Do głowy wpadł jej pewien pomysł.
***
            - Lily, nie – stanowczo oznajmił Remus, ciągnąc ją za łokieć – to jest bardzo, bardzo zły pomysł.
Energicznie pokręciła głową, delikatnie wyswobadzając rękę.
- To jest bardzo dobry pomysł – zaprzeczyła, uśmiechając się lekko – Leć już. Wiem, co robię.
- Chyba właśnie nie wiesz. Nie masz czasu bawić się w takie rzeczy, Lily. Nie dzisiaj, błagam cię.
- Remus, uspokój się. Nie jestem małym dzieckiem. Idź już do pokoju wspólnego, bo wszystko zepsujesz. – zarzuciła nagląco głową, przeczesując palcami rdzawe loki.
- Nie – odmówił stanowczo. Nie okazał tak wyczekiwanej przez Evans rezygnacji.
Więc ona westchnęła przeciągle, niezadowolona. Rzuciła mu przepraszające spojrzenie i zawinęła się na pięcie. Bezszelestnie, niespodziewanie szybko dotarła do schodów i rzuciła się w dół, jakby się waliło i paliło. Liczyła kolejne sekundy, starając się dobiec jak najdalej, zanim Lupin postanowi bardziej stanowczo udaremnić jej zamiar.
Faktycznie, słychać było już jego kroki, nawet bliżej, niż się spodziewała, ale to było już naprawdę nieistotne. W ciemność wymacała znajome wgłębienie i jednym szarpnięciem odblokowała kamienną wnękę, którą sama kiedyś odkryła. Niepostrzeżenie wcisnęła się do środka, przesuwając ruchomy fragment na poprzednie miejsce. Jeśli Lupin nie znał wcześniej tej kryjówki, nie było szans, żeby ją wypatrzył w panujących dookoła ciemnościach.
Tak po prawdzie, swoją szansę Lily znalazła w tym, że oboje nie doceniali drugiej osoby. Remus znał tą kryjówkę bardzo dobrze, ale nigdy w życiu nie przyszłoby mu do głowy, że  o Evans można powiedzieć to samo. Oczywiście, zorientował się, na ułamek sekundy przed tym, jak wyhamował dwa piętra niżej  - ale było już za późno. W tym czasie Lily wymknęła się ze swojej dziupli i pobiegła w przeciwną stronę, do góry, a potem prosto korytarzem aż do następnych schodów.
Remus był jej przyjacielem, Remus chciał dla niej jak najlepiej – ale tym razem nie miała zamiaru pozwolić się powstrzymać.
***
            - Gdzie ona jest? – zaświszczała mu Leanne prosto do ucha, markując głęboki pocałunek. Tylko tak można było w pełni usprawiedliwić to, że chowają się na ostatnim półpiętrze w korytarzyku prowadzącym do męskich dormitoriów. W końcu to była prawda, że nigdy nie lubili się afiszować ze swoimi czułościami.
- Nie mam pojęcia – westchnął, zgodnie z prawdą. Odsunął się od niej lekko, bezradnie wzruszając ramionami – Próbowałem ją gonić, ale mi zwiała.
- Próbowałeś ją gonić? – Johnson zmarszczyła brwi, patrząc na niego podejrzliwie – czyli jednak wiedziałeś, gdzie idzie.
- Raczej co chce zrobić – mruknął – chciała śledzić młodego Blacka. Wyhaczyć jakieś tajne spotkanie Ślizgonów. Nie pytaj, nie mam pojęcia, skąd jej się to ubzdurało. Od kiedy zaczęły się te prześladowania mugoli, zrobiła się trochę przewrażliwiona na tym punkcie.
Leanne westchnęła ciężko, całkiem się od niego odrywając. Przygryzła wargę.
- A dziwisz jej się? – zapytała smutno. Zaraz jednak cały ten smutek przeszedł w poirytowanie – Ale ona jest głupia! Do takich spraw naprawdę lepiej się nie mieszać.. Bo jeśli ma rację, to na pewno nie powitają jej z otwartymi ramionami, gdy tylko ją przydybią na podsłuchiwaniu… a jeśli się myli, to straci tylko czas. Akurat dzisiaj!
-To może się nam przysłużyć – pocieszył ją, uśmiechając się lekko – Lily jest odpowiedzialna, na pewno nie zawali. To oznacza, że ma mało czasu. Jeśli nawet ta są, ona prawdopodobnie nawet nie zdąży ich znaleźć.
- Mam nadzieję –wymamrotała dziewczyna, machinalnie gładząc go po ramieniu – Inaczej chyba ją uduszę.
            Lily, doskonale świadoma zarówno upływającego czasu, jak i pewnej absurdalności własnych działań, przemknęła obok klasy zaklęć, mozolnie penetrując lochy.
Wiedziała, że to, co ją tu przywiodło było czymś mniej niż przeczucie, ale.. Ale zarazem było tak silne, że naprawdę nie mogła się powstrzymać.
Dopiero teraz tak naprawdę do niej dotarło, jak nikłe miała szanse na powodzenie – ta misja była raczej z góry skazana na porażkę. Nawet jeśli faktycznie istniało coś takiego, jak tajne spotkania Ślizgonów.. z całą pewnością były dobrze zorganizowane, ukryte i nie do wyśledzenia. Co ona sobie w zasadzie myślała, że zobaczy światło w szparze między drzwiami a podłogą? Mieszkańcy domu węża, przebiegli z natury, na pewno nie pozwoliliby
sobie na takie niedopatrzenie. Nonsens.
Ale nagle coś przerwało ten potok krytycznych przemyśleń. Coś, co było tak absurdalne, że w pierwszej chwili miała ochotę głośno parsknąć śmiechem. Nie wierzyła.
Ale już po kilku sekundach zapomniała o tych zapędach, bo upewniła się, że wzrok jej nie myli – za najbliższymi drzwiami naprawdę… paliło się światło.
Wstrzymała oddech, zatrzymując się tuż przy framudze. Miękko zakręciła różdżką, chcąc wykryć podstawowe zaklęcia antyszpiegowskie, ale to w zasadzie nie było potrzebne. Nie musiała  się nawet specjalnie skupiać, żeby usłyszeć całe fragmenty zdań, niestety wyrwanych z kontekstu.
…Wszystko teraz jest trudniejsze, niż kiedyś.. Uwzięli się, czy co.. 
… Naprawdę trzeba być durniem, żeby tego nie rozumieć.. po ostatnich wydarzeniach są bardziej czujni , a czego się spodziewałeś?..
Oczy Lily zabłysły w ciemnościach, cała jej uwaga zelektryzowała się, wyostrzyła. To brzmiało znajomo. Problem w tym, że mogło znaczyć wszystko albo nic.
…Cała ta wasza dyskusja jest bezcelowa. Chyba nie zwątpiliście, że uda nam się wszystko zorganizować? Zawsze się udaje…
Wstrzymała oddech, niecierpliwie czekając na dalsze słowa. Przycisnęła mocniej ucho do drzwi – i tylko dzięki temu usłyszała ciche skrzypnięcie krzesła, zwiastujące miarowe kroki.
Oderwała się bezszelestnie od ściany, odskakując prawie za róg korytarza. Ciekawość walczyła z rozsądkiem, i pomimo chwilowego zwycięstwa tego drugiego, doskonale wiedziała, że zachowując bezpieczny dystans zyska czas na ucieczkę, owszem, ale nie usłyszy nic a nic.
Zrobiła ostrożny krok do przodu, a każdy kolejny przychodził jej coraz łatwiej – i coraz bardziej niecierpliwie. Była już prawie z powrotem w miejscu wyjściowym, kiedy po zamku przetoczył się odległy gong, wyznaczający pełną godzinę.
Zatrzymała się w pół kroku, jak pod wpływem zaklęcia.
Pełna godzina oznaczała tyle, że nie może poświęcić już ani minuty dłużej, jeśli nie chce się spóźnić.
Wewnętrzna walka trwała ułamek sekundy. Odwróciła się bezzwłocznie, kierując do Sali Wyjściowej.
Ślizgoni Ślizgonami, ale zawieść przyjaciół po prostu nie mogła.
***
            Zegar niewzruszenie tykał, monotonnym ruchem wskazówek podporządkowując się ogólnemu porządkowi świata.
Inna rzecz, że po tym właśnie świecie chodziły osoby, które zupełnie się tym porządkiem nie przejmowały. Niektórym – albo nawet prawie wszystkim – odgórny dryl narzucany przez czasomierz wydawał się wręcz uwłaczający i potrafiły godzinami nie tyle go krytykować, co jawnie lekceważyć.
Ale od każdej reguły jest wyjątek.
W tym przypadku była nim Lily Evans. W żadnym wypadku nieograniczona przez własną punktualność, sieci poczucia obowiązku nie schwytały jej w swe szpony – ona po prostu pewne umiejętności miała wrodzone, między innymi poczucie taktu, naturalnie powstające w ściśle określonych warunkach zakłopotanie oraz perfekcyjne wyczucie czasu. Ona nie musiała się go trzymać, ona nieomal go stanowiła.
Tym bardziej dziwne było to, że akurat teraz już prawie się spóźniała.
James Potter, trochę już zniecierpliwiony, przestąpił z nogi na nogę. Kryjąca go peleryna niewidka zamigotała lekko, gdy podrapał się po nosie.
Po prawdzie miał już trochę dość. Wystawanie w Sali Wejściowej udawanie kawałka ścinany nigdy nie wpisywało się w kanon jego ulubionych zajęć i nie zanosiło się na to, aby mogło się to zmienić.
Ziewnął.
I podskoczył jak oparzony, bo coś przecięło jego, zwężone w tej chwili, pole widzenia.
Coś było podłużną, ciemną plamą zwieńczoną rdzawą chmurą.
- Evans! – syknął, ruszając za nią –Lily, tu jestem!
Dziewczyna powoli cofnęła się na półpiętro, wbijając podejrzliwy wzrok gdzieś ponad jego ramieniem. Natychmiast się zreflektował, zsuwając pelerynę na ramiona.
Wytrzeszczyła oczy, z niedowierzaniem wpatrując się w jego głowę, swobodnie unoszącą się w powietrzu.
- Co, do..? – zaczęła, marszcząc brwi.
Chłopak westchnął, całkowicie wychodząc zza zasłony magicznej peleryny.
- To ja, nie chciałem cię przestraszyć – wyjaśnił – po prostu zagapiłem się na chwilę.
- Nie przestraszyłeś mnie – odparła Gryfonka zgodnie z prawdą, zaciekawionym spojrzeniem odprowadzając srebrzystą płachtę, którą byle jak wepchnął do kieszeni – spodziewałam się raczej Syriusza.
- Doszli do wniosku, że on spisze się zdecydowanie lepiej niż Leanne. Ona i Remus są już na miejscu.
- Od początku mówiłam – uśmiechnęła się lekko – Poza tym wszystko zgodnie z planem?
- Tak, chyba tak – uśmiechnął się rozbrajająco – chociaż łatwiej byłoby mi się do tego odnieść, gdybym znał plan.
Lily pokręciła tylko głową, powstrzymując się od komentarza. Zamiast tego okręciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.
***
            Gdyby płonące drwa paliły się, wolne od wszelkich przeciwności losu, prawdopodobnie spałaby dalej. Ale stało się inaczej – największy kawałek drewna, z całkowicie już sczerniałą korą, z trzaskiem złamał się w pół, powodując efekt domina.
Westchnęła sennie, przeciągając się lekko. Zanim jeszcze w pełni odzyskała świadomość, bolący kark dał o sobie znać.
- Te fotele są bardzo nieszczęśliwie wyprofilowane – mruknęła pod nosem.
- Zgadzam się, kanapy jednak są wygodniejsze.
Leniwie otworzyła jedno oko. Gdy już złapała ostrość, ujrzała twarz Syriusz Blacka pod kątem czterdziestu pięciu stopni.
- Mózg mi się przekrzywił, czy doszedłeś do wniosku, że lepiej prezentujesz się tak, niż w pionie? – zapytała, uśmiechając się do niego kpiąco.
- Lewis, to jednak musi być twój mózg. Ja już nie mogę się lepiej prezentować.
- Urzekła mnie twoja historia – prychnęła, nadal jednak lekko rozbawiona.
Wyprostowała się w końcu, ostrożnie badając otoczenie. Krańcem podświadomości spodziewała się otwartego kałamarza albo rozsypanych fasolek wszystkich smaków Berty’ego Botta.
Black skrzywił się, widząc zastraszające tempo, w jakim gramoliła się z fotela.
Szybkim ruchem podciął ją w kolanach, tak, że poleciała do przodu i zaraz ją podtrzymał.
Sarknęła, poirytowana.
- Sama umiem wstawać – zauważyła cierpko.
- Chodź, nie marudź – gdy dostrzegł w jej oczach nie tylko powątpiewanie, ale i zdecydowany brak zachwytu dla tego pomysłu, dodał – Znalazłem coś ciekawego. Wydaje mi się, że musisz to zobaczyć.
 
            Nie była poirytowana, chociaż gdzieś na krańcach świadomości zastanawiała się, czy się nie wycofać. Instynkt samozachowawczy podpowiadał jej, że oto pakuje się w samo serce planu operacyjnego Huncwotów i może jej to przynieść nic innego jak problemy. Zbierała się tak w sobie, ale mimo tego szła przed siebie, pchana do przodu przed przemożną ciekawość.
- Kiedyś mnie to zgubi –mruknęła pod nosem, a głośniej zapytała – ej, Black, ale gdzie my właściwie jesteśmy?
Syriusz, znajdujący się aktualnie kilka kroków przed nią, obejrzał się przez ramię, uśmiechając się kątem ust.
Zmarszczyła brwi.
-Co to za spojrzenie?
- Uwodzicielskie, tajemnicze, intrygujące. A co?
- Powinieneś popracować nad ułożeniem warg. Wyszło ci z tego raczej „a lewa to była która ręka?”
- Lewis, czy ty sugerujesz, że jestem niepełnosprawny intelektualnie?
- Z grzeczności nie zaprzeczam.
Chłopak zatrzymał się nagle, więc ona, siłą rzeczy, również. Choć z małym opóźnieniem.
Spodziewała się miny obrażonego dziecka, ale w ciemności – a ciemność w wąskim korytarzyku niewiadomo gdzie jest naprawdę ciemna – widziała tylko jego oczy.
Popatrzył na nią o ułamek sekundy dłużej, niż się spodziewała, uruchamiając jej aparaturę obronną – ale w momencie, kiedy miała uraczyć go jakimś zgryźliwym komentarzem, to on się odezwał.
- Dobrze ci w takich dłuższych włosach, wiesz?
Zdziwiona i trochę rozbrojona, chociaż tylko w niewielkim, naprawdę nieznacznym stopniu, bezwiednie dotknęła ręką włosów. Były lekko zmierzwione i mocno nieuczesane, w żadnym razie niezwiązane, miękko spływały na ramiona. W tym miesiącu pierwszy raz powstrzymała się od rytualnego mordu na końcówkach.
- Niestety, nie mogę przetestować tej miny. Nic nie widzę. Chociaż może trochę się zrehabilitowałeś.
Zaśmiał się, nic nie powiedział. Tak jakby wiedział coś, czego ona jeszcze nie odkryła.
- Starałem się jak mogłem – wyjaśnił – ale naprawdę dobrze ci w takiej fryzurze.
- Uważaj, bo się zarumienię.
Ciszę przerwało łagodne skrzypnięcie klamki i do tej ich gęstej ciemności napłynęło jaskrawe, lśniące światło Sali Wyjściowej.
- Gdzie my właściwie idziemy?.. – zapytała, w końcu bardziej poruszona – Powiesz mi w końcu?
- Szsz.. – uciszył ją, lekko popychając do przodu i zmierzając prosto do drzwi wyjściowych. Dopiero kiedy te się zamknęły, puścił ją i ponownie się odezwał.
- Nic ci nie powiem – zaśmiał się złośliwie – cały czas korzystam z tego, że jesteś mi winna przysługę i tak grzecznie mnie słuchasz.
- To ukryte przejście naprawdę nie było tego warte – dokonała Jamie sumiennej analizy i pochyliła się nad błędami przeszłości – Ale mam nadzieję, że nas nikt nie złapie. Lily by mnie chyba zabiła, gdybym straciła kolejne punkty.
- Lily, jak Lily – zamyślił się Black – gorzej z MGonnagall.
- Nie wierzę – wybuchnęła śmiechem – Black Wielki i Potężny jednak boi się Minerwy?
Prychnął.
- Proszę cię, nie obrażaj mistrza. Uwielbiam ją wkurzać. Problem w tym, że tylko ona załatwia nam boisko na treningi Quidittcha, stary Ślimak blokuje większość terminów.
- No tak. A James by cię zamordował, gdyby obcięła wam grafik.
- Dokładnie.
- A wtedy – Jamie świetnie się bawiła – nie mielibyście szans na puchar…
- I Minerwa byłaby bardzo zła.
- Odjęłaby pięćdziesiąt punktów temu, kto kichnie w czasie lekcji…
- I drugie pięćdziesiąt temu, kto poda mu chusteczkę..
- A wtedy doczekalibyśmy końca roku na oparach i Lily by się załamała, bo wszystkie jej starania, by zaprowadzić jakikolwiek ład, poszłyby na marne.
- A Lily, jak wiadomo – mruknął Syriusz, kryjąc uśmiech – bardzo lubi, kiedy wszystko układa się po jej myśli.
- Niby skąd ty to wiesz? – zaśmiała się Jamie, podejrzliwie wydłużając krok. Syriusz zaczął się dziwnie nerwowo rozglądać dookoła.
- Tak mi się coś obiło o uszy – zbagatelizował, wyciągając z kieszeni różdżkę – Jesteśmy na miejscu. Zaraz ci coś pokażę, tylko muszę zobaczyć, w którym dokładnie miejscu James to schował…
- Brzmi fascynująco – zironizowała, pocierając lekko ramiona. Zrobiło się chłodno.
Zignorował jej komentarz, celując różdżką gdzieś w trawę:
- Lumos – szepnął, a błękitna kulka światła na końcu jego różdżki dotknęła czegoś gładkiego, wpływając do jego wnętrza. Jamie obróciła się błyskawicznie, zdezorientowana. Ale to był tylko balon, teraz jarzący się od środka, który powolnym ruchem unosił się w powietrzu. Nic nie rozumiejąc, obserwowała jego lot, aż w końcu zatrzymał się, jakby natrafił na przeszkodę.
I cóż, faktycznie tak było – dotknął innego balonu, który w momencie tego spotkania rozjaśnił się podobnym blaskiem. A dalej poszło jak domino – kolejne balony, a były ich dziesiątki, niewidoczne w ciemności, zamieniały się w błyszczące lampiony unoszące się w nocnym powietrzu. Oszołomiona Jamie obserwowała je, jak tworzą wielki okrąg, rysujący się wyraźnie złotą linią na szarej płachcie trawy. Dopiero kiedy okrąg zamknął się za plecami jej i Syriusza, w pełni zdała sobie sprawę z obecności innych ludzi – a właściwie bardzo konkretnych – pośrodku utworzonego placu.
- NIEESPODZIAAANKA! – zawył zgodny chór niezgodnych głosów i dopiero wtedy w pełni pojęła, co się dzieje.
- Wszystkiego najlepszego, Jamie! – zawołała Lily, podczas gdy Leanne zaczęła się do niej zbliżać, w pełni skupienia prowadząc przed sobą niepoważnych rozmiarów tort w kształcie wielkiej siedemnastki.
Jamie stała cały czas w tym samym miejscu, w dalszym ciągu w głębokim szoku. Wyrwał ją z niego dopiero triumfalny głos Syriusza, wyłaniającego się zza jej pleców:
- I widzicie?! A nie wierzyliście, kiedy mówiłem, że naprawdę zabraknie jej słów!
- Mi nigdy nie brakuje słów, Black! – odszczeknęła ku uciesze ogółu.
Wzięła głęboki wdech, i zanim jeszcze rzuciła się na swoje przyjaciółki, zdmuchnęła płonące świeczki. Wszystkie siedemnaście. Za jednym zamachem.
Wtedy pierwszy raz poczuła, że prawdziwe życie dopiero się zaczyna.

* *

7 komentarzy:

  1. Tak!
    Fajnie że wróciłaś, coraz więcej blogów ostatnio się kończy i zawiesza. Rozumiem, że możesz robić przerwy w pisaniu... Nie zawsze okoliczności (+wena) sprzyjają ;)
    Cała scena z Jamie w roli głównej po czytaniu realizuje się w mojej głowie, naprawdę na żywo wyobrażam sobie opisywane przez ciebie wydarzenia z każdym kolejnym słowem. Gratki za to! A poza tym... Te balony to piękny pomysł.
    I bardzo lubię twoją Lily. Jest taka.. Koanoniczna, ale jednocześnie twoja. Naprawdę, bez zgrzytów wpasowuję się w całą historię Rowling.
    Szczęścia, wytrwałości i chęci, Philippo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wróciłam, wróciłam,nie zamierzam odchodzić. Ale zobaczymy, jak to wszystko dalej się potoczy, w końcu w życiu nic nie jest pewne.
      Bardzo mi miło, że się ucieszyłaś :) Nie mogłam chyba usłyszeć większego komplementu.
      Jeśli wszystko wyszło realistycznie, jestem naprawdę zachwycona. Trochę się o to obawiałam, ale może dlatego, że zbyt wiele razy przeczytałam notkę i wszystko zaczęło mi się zacierać.
      Dziękuję Ci bardzo! Wszystko bardzo mi się przyda w najbliższym czasie :)
      Pozdrawiam serdecznie! :*
      Phill

      Usuń
  2. Hej :)
    Lubię Lily, Jamie i Leanne i ich wspólne sceny.
    Syriusz i różowe diamenciki!
    Twojego James też lubię, w zasadzie właściwie wszystkich ich lubię u Ciebie, nawet o dziwo Petera, którego w żadnym innym opowiadaniu nie lubiłam. Tworzysz naprawdę fajne postaci, jak żywe.
    Karen dalej spotyka się z Regulusem, po tym jak ja zaatakował? Trochę dziwne.
    Kurczę do końca nie wiedziałam co oni kombinują, ale fajny pomysł z tym przyjęciem dla Jamie :) No, że też jaj akurat Syriusz chciał różowe balony podarować :P
    Fajny rodział :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki wielkie, cieszę się, że Ci się podobało :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Notkę przeczytałam jak tylko się pojawiła, miałam nie pisać, bo co mogłabym powiedzieć. Chyba tylko tyle, że nie tracisz formy:)Nie chcę być nudna, dlatego nie dodam nic więcej. Za to postanowiłam upomnieć się o ciąg dalszy. Czekam niecierpliwie!:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Co tu dużo mówić? Notka pełna w różnego rodzaju ciekawe akcje. Fajnie, że wróciłaś i czekam na następny rozdział. Zapraszam w wolnej chwili do mnie: www.evans-lily-huncwoci.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej.
    Znalazłam Twojego bloga całkiem niedawno i całkiem przez przypadek. Spodobał mi się on już od pierwszych kilku linijek. Masz świetny, lekki i przyjemny styl pisania, nie popełniasz błędów (stylistycznych czy też i innych), więc to kolejny powód, za który wielce pokochałam tą historię! Nie komentowałam pod każdym postem, ponieważ odczuwałam naglącą potrzebę czytania kolejnych i kolejnych, podczas długiego i nudnego przesiadywania w domu i chorowania.
    A teraz wiesz, co Ci powiem?! Mam na Ciebie, droga Philippo, oficjalnego focha! Dlaczego? W jednej z odpowiedzi na komentarz obiecałaś, że nie odejdziesz! A odeszłaś! Już wkrótce mija rok, ROK, od ostatniego rozdziału! Ja tu dziewczyno litry łez wylewam przez Ciebie! Jeśli to kiedykolwiek przeczytasz, błagam, weź sobie do serca to co tu piszę. Masz naprawdę wielu czytelników, którzy z wielką przyjemnością czytali i komentowali Twoje opowiadanie. Bardzo ładnie piszesz, masz wielki talent i powinnaś się nim z nami dzielić! Może piszesz jakąś inną historię, którą mogłabym pożreć wzrokiem? Proszę, dokończ tą historię. Lub chociaż ją kontynuuj, choć troszeczkę, jeszcze tylko kawałeczek...
    Może będę miała szczęście i (jak już pisałam) przeczytasz to, a także weźmiesz sobie do serca me rozpaczliwe i żałosne prośby.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę Ci weny na ewentualne opowiadania, które jeszcze stworzysz,
    Zuzia

    OdpowiedzUsuń